Relacje 2011
19 czerwca 2011
Relacja Darka Zygadło:
Jak przeszedłem przez próg w drzwiach po miłym powitaniu jeden z domowników powiedział, że dzisiaj kontakt wyrwał. Ot takie prozaiczne problemy, na które po powrocie z takiej imprezy zupełnie inaczej można spojrzeć.
Przygotowania zaczęliśmy od stycznia. Oprócz treningu ciała, czyli przede wszystkim biegania i roweru szukaliśmy doświadczenia w czytaniu opisów tego typu imprez. Skomplikowane techniki treningów biegów na orientacje, wszystkie szczegóły nawigacji, sposób przygotowania samych punktów tzw. przepaków, na których musisz zmienić sposób poruszania, np. z biegu na rower czy kajak, można powiedzieć, że to zupełnie odrębna dyscyplina.
Dla laika to totalne szaleństwo, jak w ciągu jednej doby można przejść, przejechać i przepłynąć 180km. Oczywiście szacunkowo, bo to wszystko z szukaniem punktów, w których czasami wystarczy tylko podbić kartę. Jednak gdy chcąc ją podbić, trzeba się czołgać w jaskini, czy przejechać między skałami na linach i to po kilkunastu godzinach stałego wysiłku, to zmienia zupełnie postać rzeczy. A odległość dlatego szacunkowa, bo to ty sam wybierasz drogi, ścieżki i przy jakiejkolwiek pomyłce kilometrów przybywa, a jak jeszcze masz problemy z jakimś zadaniem specjalnym, to dochodzi bieg do punktów karnych.
Nad logistyczną stroną ślęczeliśmy długo i oczywiście wyszło, że doświadczenia nie można wyczytać z Internetu. Organizator załatwił pogodę specjalną, czyli jak ma być przygoda to będzie w deszczu. Początek to Zawiercie i kilka pkt zlokalizowanych w różnych dzielnicach, gdzie umiejscowienie ich logicznie sugerowało, w jakiej kolejności je zaliczać. Ale to bieganie przez dworce kolejowe, tory, jakieś opuszczone magazyny i środki skrzyżowań w centrum to tylko przedsmak tego, co czekało nas po za miastem. Po kilkunastu km biegu pierwsze zadania specjalne, czyli Okiennik Wielki. Piękna skała o wysokości 50m. naszym zadaniem jest zjazd na linach z „okna” do podnóża skały.
Oczywiście dla osób zajmujących się wspinaczką bajka, ale dla kogoś komu pierwszy raz założyli uprząż na tyłek to już niezła dawka adrenaliny. Tutaj trzeba po raz pierwszy wspomnieć o organizatorach i całej ekipie z obsługi rajdu, rewelacyjne podejście mówię, że jestem dziewicą i dostaje wszystko przystępnie podane z porządną dawką humoru, czyli zasady bezpieczeństwa szybki instruktaż i nawet nie ma czasu się bać i już jesteś na dole z bananem na twarzy. Kolejne pkt i docieramy do przepaku, gdzie szybkie przygotowanie do roweru trwa wieczność, pierwsze zmęczenie daje się we znaki, chociaż to nie jest dobre określenie po przebiegnięciu już dziestu kilometrów, a to dopiero początek.
Rowery to nasza konkurencja, czyli łapanie kolejnych pkt to raczej formalność. Jeden z nich na szczycie skałki, gdzie wchodzenie w butach SPD to bardzo ciekawe wyzwanie. Oczywiście trasa pozostaje naszym wyborem, dlatego też te singiel traki, które zaliczamy niekoniecznie wybrali inni. W okolicach 3 nad ranem maksymalnie zmarznięci (cały czas leje deszcz) decydujemy, że odpuszczamy część trasy.
Można powiedzieć, że przegraliśmy po części logistycznie, gdzie cieplejsze rzeczy czekały na nas nie w tym pkt i za późno. Po powrocie na pierwszy przepak, zgłaszamy organizatorom, żeby nam zwieźli torby, a sami przebieramy się w samochodzie na parkingu w suche rzeczy. Po ogrzaniu się (dwóch facetów pół nagich w zaparowanym samochodzie, bardzo ciekawy widoczek
przyjeżdżają torby, gdzie są nasze rzeczy do dalszego biegu. Rano atakujemy dalej i tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa, zjazdy na linach, skałki, jaskinie, rewelacja, szczególnie dla nas, gdzie zdobyte doświadczenie z parku linowego dla dzieci i podciąganie na drążku we futrynie drzwi, chyba nie pozostają naszym Asem w rękawie.
No i teraz o tym co najważniejsze, imprezę tworzą ludzie i to jest największy plus całego tego zamieszania. I nie chodzi mi tutaj tylko o wystawienie laurki organizatorom. Kontakt super, jak wam pomóc, co się dzieje, co potrzebujecie. Na każdym zadaniu specjalnym śmiechu na maxa, dopingują nas, żeby więcej, wyżej i mocniej. Jak trzeba zaliczyć pkt karny to robimy pkt karny, bo sami jesteśmy sobie winni, np. że spadamy razem chodząc po linach (tak jak w cyrku) tylko lądowanie jest na leśnej mokrej ściółce, poezja.
No i w końcu inni uczestnicy, jak staliśmy pod przystankiem w nocy jeden z teamów zawrócił się, jak nas zobaczyli czy nam pomóc. I o to w tym chodzi, że wszyscy walczą o wynik, ale nie zapominają o innych. Oczywiście najważniejszym pozostaje twój współuczestnik z zespołu, czyli ktoś na kim, wiesz, że możesz polegać, gdzie rozumiesz się bez słów itd. No i na samym końcu podziękowaniu dla Roberta i Tomka z „Niezniszczalnych”. Super razem było powalczyć te kilometry w lesie na rowerach, no i później rano wszystkie zadania specjalne. Wiedzieliśmy, że nie walczymy o miejsca tylko robimy to dla siebie, dlatego jak przed przeciąganiem się na linie między skałami, Tomek, który stał w szortach (linę ciągniesz pod kolanem) popatrzył na moje długie spodnie do biegania i zapytał – dasz mi spodnie? Człowiek się nie zastanawia tylko ściąga spodnie, żeby on mógł zaliczyć zadanie.
W tym dniu po kolejnej dziesiątce kilometrów w nogach czymś analogicznym został ostatni snickers pokoju, podzielony równo na cztery części. Po drodze między punktami był czas pogadać o maratonach, górach, życiu. I o to w tym wszystkim chodzi. Gdzieś od organizatorów usłyszeliśmy, że co roku kończy tylko kilka zespołów, teraz wiemy już dlaczego, ale to tylko 0:1. Za rok rewanż!



























RSS 2.0