Relacje uczestników
25 kwietnia 2010
Jura Skałka Zawiercie Adventure, 22-23.05.2009 r.:
Udział w rajdzie uważam za bardzo udany i godny polecenia. Po pierwsze dlatego, że można miło spędzić czas na łonie natury, podziwiając piękne krajobrazy Jury Krakowsko-częstochowskiej, po drugie – pokonując kolejne zadania (czołganie, strzelanie, zjazd na linach itp.), można sprawdzić swoje możliwości i pokonać pewne ograniczenia. W moim przypadku, prawdziwym wyznaniem była tyrolka, bałam się, że nie dam rady, ale doping mojego syna, pozwolił mi na pokonanie i tej przeszkody. Po trzecie system nagradzania za poszczególne miejsca, daje uczestnikom motywację do realizowania rajdu do końca i nie poddawania się na poszczególnych zadaniach. Dodatkową adrenalinę wyzwala świadomość, że również czas ukończenia rajdu ma znaczenie na zdobycie dobrej lokaty.
Organizacja rajdu była bez zastrzeżeń, wszystko szło bardzo sprawnie, od rejestracji poszczególnych uczestników, poprzez odprawę przy starcie, obsługę na poszczególnych punktach zadaniowych do zakończenia rajdu. Zabawa była udana. Nagroda w postaci dyplomu i publikacji książkowej jeszcze bardziej mnie utwierdziła, że dobrze brać udział w takich imprezach. Naprawdę rajd dostarczył mi wiele emocji, o których jeszcze długo będę opowiadać moim znajomych i namawiać ich na takie spędzenie wolnego czasu.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że spotkamy się na następnym takim rajdzie!
Marta Kołodziej-Gamrat
Rajd bardzo mi się podobał. Bieganie po tak pięknych rejonach jest zawsze przyjemnością, a dodatkowo ciekawość zadania do wykonania podnosi adrenalinę. Organizatorzy spisali się na medal. Ludziska sympatyczni. Nagrody? Warto było się starać.
Co najbardziej się podobało? Uśmiech na twarzach wszystkich, jaskinia, jazda na linie, strzelanko…
Co trudne? Kamyczki do odgadnięcia (kiedy się o tym uczyliśmy?) i ścianka wspinaczkowa (adidaski na mokrej ścianie jak łyżwy na lodzie).
generalnie, bardzo mi się podobało. będę tu za rok! polecam wszystkim. Myślę, że za rok większa ekipa z Krakowa będzie.
pozdrawiam serdecznie
Iwona Flaga
Napierało się mocno, burza na pierwszym rowerze mocno nas wyziębiła, do tego Piotrek Hercog zaliczył upadek na asfalcie, na szczęście skończyło się na obtarciach. Ostatnie parę godzin na zupełnym luzie, wiedzieliśmy już, że najgroźniejsi konkurenci się wycofali.
Niespodzianką na pewno było zadanie specjalne z laserami i piłeczkami, tego typu zadania na pewno się nie spodziewałem.
Co mi się podobało:
1. sprawna organizacja, zarówno w biurze zawodów, jak i na trasie,
2. dbałość o sprzęt uczestników – rowery przekładane materacami w transporcie,
3. trasa nie na pętlach, ale przewożenie sprzętu na kolejne etapy, ciekawsze dla uczestników, ale na pewno wyzwanie logistyczne dla organizatorów.
4. uczciwość – na zakończeniu przyznaliście się do błędu w liczeniu punktów, sponsor od razu powiedział, że znajdzie się dodatkowa nagroda,
5. cenne nagrody.
Co mi się nie podobało:
1. punktowanie zadań specjalnych. Trudna sprawa, są różne szkoły, ja jestem zwolennikiem, żeby było jak najprościej i żeby w czasie trwania imprezy dokładnie było wiadomo, jakie jest miejsce w stawce danego zespołu. Jak dla mnie czas wykonania zadania powinien być po prostu wliczony do czasu trwania rajdu, bez późniejszego przeliczania na punkty. Ewentualnie za niewykonanie niektórych zadań można robić karne rundy. To daje przejrzystą sytuacje na trasie, a i wy macie mniej roboty.
2. zadania logiczne „mało sportowe” – osobiście nie jestem zwolennikiem, ale to indywidualna sprawa, wiem, że wielu się podobają takie zadania.
3. zbyt łatwa nawigacja, dużo asfaltowych przelotów na pierwszym biegu.
4. za trudne zadanie wspinaczkowe, chyba nikt go nie wykonał.
Generalnie imprezę oceniam bardzo pozytywnie, na pewno macie potencjał i możliwości organizacyjne na zrobienie dłuższego rajdu, może warto się zastanowić nad dwoma trasami, zespół 2 i 4 osobowe
pozdrawiam,
Piotr Dymus Speleo Salomon
Jura Skałka Rajd Przygodowy, 30.05.2008 r.:
Na Jura Skałka Rajd Przygodowy wpadłam przypadkowo i znienacka. Zaprosił mnie do działania kolega Marcin. Tak oto pewnego pięknego dnia, dokładnie 30 maja wylądowaliśmy w Podlesicach. Bardzo przyjemny zakątek. Rozbiliśmy namiot, łyk info co, gdzie i jak i do spania. Poranek zbudził nas słoneczny, ablucje poranne, śniadanie, rynsztunek na plecy i meldujemy się na starcie. Mapy otrzymaliśmy niebanalne. Samodzielnie należało przenieść punkty do zaliczenia z mapy wzorcowej. Kilka słów od organizatorów i gotowi na wszystko, wyruszamy…
Na starcie chwila zastanowienia, gdzie tu pędzić, by uniknąć korków i spięć na punkcie. Wybieramy wariant prawostronny, a pierwsza w planie jest jaskinia Żabia. Lecimy, docieramy do jamy, bomba! Nikogo nie ma. Zakładamy uprzęże, opiekunowie punktu nadzorują, kierują i dzieje się. Zjazd na rolce w dół, może 3 metry i wyjście po drabince, a raczej drabiniuni (pewno się jakoś fachowo nazywa) na górę. To lubię. Zaliczone.
Pędzimy przez las zielony taki, w ptaków trelu i beztroskiego zapachu lata, przed siebie byle szybciej, byle do przodu. Raz dwa trzy i wpadamy na kolejny punkt i tu zadanie specjalne wzbudza uśmiech na twarzy. Koleżanka „Punktówka” rozkłada przed nami roślinki, daje atlas do rączki i powiada: proszę powiedzieć, co to za rośliny. Możemy to zrobić o siłach własnych lub z pomocą atlasu właśnie. Czad! Niby banalne, ale wcale nie takie proste. Tu niby trawka, dla mnie właśnie, a tu z atlasu wypada czcigodna nazwa dwuczłonowa. Samodzielnie rozpoznaliśmy tylko skrzyp polny!
Pędzimy, czas biegnie, my biegniemy, mapa, kompas, przestrzeń, bach i punkt. Dziura, a tam skrzynki na butelki ładnie w pepitkę ustawione, kilka desek + instrukcja zagmatwana od dyrygenta tegoż zadania. Przeleźć po skrzynkach, używając jak najmniej desek, z tej, na drugą stronę. Czacha dymi, nie, to niemożliwe, tak siak na opak i nagle, eureka! Jakie to proste. Super zadanie, super pozytywne zaskoczenie. Odskocznia. Wykonane i na przełaj gnamy do następnego punktu, to jeden z dłuższych odcinków.
Przez tory, przez las, przez drogę i wioskę. Całkiem jak biała lokomotywa. Po drodze spotykamy samotnego kolegę, ambitnie napiera bez pary, która odpadła w przedbiegach. Trafiamy na kolejny punkt, gdzie czeka nas wspinaczka w żywej skale. Ech, skała taaaaaaaaaka wielka, widzi się trudna, a laczki w ogóle niewłaściwe, do tego zadyszka, panika i wspinaj się tu człowieku.
Marcin jak kot zaliczył dwie trasy, pestka. Ja się ciągnę, jedna droga poszła, na drugiej ciap ciap i wiszę na jednej łapce, przebierając tragicznie nogami. Zbieram się w sobie i na drżących rąsiach walczę dalej. Udało się, uff. To było trudne, świat jakby się zatrzymał. Nic nie było istotne tylko skały szczyt. Uff, to już za nami i pędzimy po nowe wyzwanie.
Na niebie słońce praży. Pogoda nienaganna, na takie akurat leniwe, błogie „nicnierobienie” lub zdecydowanie pluskanie się w wodzie dla ochłody. Temperatura wysysa siły, pot zalewa każdy milimetr ciała. Docieramy na pierwszy punkt bez zadania, łał, jak to się stało się, czy to aby nie jakiś podstęp… Czas na uzupełnienie wody, kanapkę i pogawędkę z przemiłymi dziewczynami z punktu. Było miło, ale przygoda wzywa. Zbieramy manatki i lekko zregenerowani biegniemy dalej. Nagle z lasu wychodzą zjawy, suną ospale, o rany, przecież to chłopaki z trasy Masters. Totalny luz i dystans, a my jeszcze ogień w żyłach.
Docieramy do wody i już wiemy czym to pachnie. Punkt i zadanie specjalne, przeprawa przez rzekę czyli most linowy, a więc będziemy wisieć jak słoninki. Zakładamy uprzęże, wpinamy się w linki i przeciągamy na drugi brzeg, akurat prosto w błocko. Jak rajd to rajd. Zrobione i biegniemy za rzeką, która nagle wpada do jeziora, gdzie jest następny punkt i zadanie specjalne, którym okazuje się: pływanie na beczkach. Wiosła to akurat moja specjalność więc parter lewituje, a ja zmagam się z oporną „tratwą” machając wiosłem przedpotopowym.. Udało się zrobić pętlę wokół trzcin i dotrzeć do brzegu bez wywrotki. Rewelacja.
Pędzimy, wzdłuż wody, więc lekko chłodniej, wpadamy na drugi punkt bez zadania, hm, pytamy podejrzliwie czy aby na pewno nic tu do roboty nie ma? Na co sympatyczna załoga punktu odpowiada: no, możecie umyć samochód… Dziękujemy grzecznie i czym prędzej udajemy się wzdłuż strumyka do punktu, gdzie czeka nas następne specjalne zadanie: pokonanie wyznaczonej trasy na rowerze. Marcinowi oczy już błyszczą, przecież jest w tym doskonały.
Wskakujemy na rowery i pędzimy przez las wąską ścieżynką. Krzaki, drzewa, chaszcze, dziury, wiatr we włosach i kierunek na znaczniki trasy, które wcale niełatwo dostrzec. Super! Ech, przed nami ciężki i niewdzięczny odcinek asfaltową drogą. Tego akurat nie lubimy wcale. Promyki słońca pożerają, asfalt zasysa, za to gniazdo z boćkiem i kapliczka przy drodze.
Wpadamy między pola, łąki, pagórki i szukamy wąwozu zaklętego. Coś się jawi, idziemy, rozglądamy się, o krowy, i nagle tratatatata, stać! Na ziemie! Ups, co tu się dzieje… policyjna zasadzka, serducho łomoce, a tu proszę, zadanie: posłużyć się alfabetem Morse’a: ti ti ti taaa taaa taaa ti ti ti czyli SOS i szyfrem prostym. Raczej lekko poszło, bo ze ściągą, zadanie wykonane, a panowie policjanci już nie tacy straszni. Powrót niestety tą samą smutną asfaltową pustynią, ale do mety blisko bliżej, więc nogi niosą chociaż słabiej i słabiej.
Zmęczenie podstępnie osacza ciało, a trudy trasy dają się we znaki. Wreszcie wpadamy do lasu, cóż za przyjemna chwila, cień, miękko pod stopami, tajemnica zielonej przestrzeni. Wbiegamy do wielkiej piaskownicy gdzie ulokowali się panowie policjanci z torem przeszkód: nosić kłodę, skakać przez opony, pokonać dół, czołgać się pod zasiekami z drutu kolczastego, gdzie kto wypinał ten się nadział, patrz: Marcin oraz oddać strzały z takiego wielkiego strzelającego patyka. Ciekawe, pachnące zajęciami z przysposobienia obronnego. Udało się i można ruszać dalej. Przed nami jaskinia. Lecimy lasem, na przełaj, na opak, szukamy tu i tam. No i nic, nie ma i nie ma, całkiem jak wieloryba. Po długim łażeniu wte i wewte trafiamy na otwór z flegmatycznie zadumanym strażnikiem jaskini Piaskowej. Zadanie: wejść do jaskini, odnaleźć sznurki z węzłami, wrócić w czasie 10’ i odgadnąć jakie to węzły. Jaskinie lubimy, ciemno, chłodno i strasznie, mamy sznurki, 4 węzły znamy, lecz piąty ni chu chu. No cóż, nikt nie jest doskonały. Wymęczeni bardziej niż przed chwilką kierujemy się do punktu startu i mety jednocześnie.
Przed nami już tylko jedno zadanie i koniec. Ciągniemy się drużką trzymając się czerwonego szlaku, w pewnym momencie mylimy szlaki i na około, pieszym czerwonym przez górki, zdążamy w tempie: nie mogę dogonić żółwia. Resztką sił podbiegamy w okolice mety, gdzie czeka na nas ostanie zadanie policyjne: mini cross z pokonaniem ścianki pionowej, ściągnięciem kotwicą termosu i rzut granatem do celu, pikuś, bo to już koniec, koniec, koniec, META! Cudowna chwilka… Podbiliśmy wszystkie 13 punktów, zaliczyliśmy wymagane zadania specjalne i zmieściliśmy się w limicie. Radość. Bardzo pozytywne wibracje po rajdzie. Ekstra ludzie na punktach, ciekawe zadania specjalne i dobrze przygotowane. Jasne zasady rywalizacji i fair play na trasie. No i fantastyczny rejon na taką rajdową przygodę… Dziękówa!
Na marginesie dodam, że zadanie specjalne: beczką po wodzie – piękne. Równe szanse dla wszystkich, ten sam sprzęt dla każdej ekipy. Nie ma wybrańców.
To taki przytyk do praktyk stosowanych na innych rajdach, gdzie można mieć własny kajak i wiosło. To się nazywa skrętka. Wiem, że trudno jest zachować jasne reguły i zdrowe zasady, ale o ile to możliwe to czemu nie. Może tu jest bardziej kameralnie, większy rozrzut w umiejętnościach uczestników i dlatego łatwiej trzymać fason, a nie naginać się do wymogów sponsorów i wybrednych zawodników. Jakkolwiek chyba tu tkwi tajemnica powodzenia i zadowolenia. Może nie ilość jest ważna, ale jakość.
Joanna Garlewicz, open mieszana
Specjalnie wybrałyśmy trasę master, żeby sprawdzić się w jeszcze bardziej ekstremalnych warunkach. Walczyłyśmy w męskim gronie i z góry zakładałyśmy, że na pewno zajmiemy ostatnie miejsce w naszej kategorii, tymczasem byłyśmy przedostatnie. Jesteśmy usatysfakcjonowane. Trasę rajdu pokonywałyśmy 20 godzin. Mimo zmęczenia nie spałyśmy nawet pół godziny. Zachęcam do udziału w rajdzie, bo to świetna zabawa i sposób na podbudowanie się na duchu, a przede wszystkim niskie wpisowe umożliwia sprawdzenie się w wielu dyscyplinach, których próba uprawiania jest zdecydowanie droższa.
Olga Szota (startowała po raz trzeci w historii tego typu rajdów na Jurze razem z koleżanką Małgorzatą Kurkowską)
Startuję w podobnych rajdach organizowanych w Polsce. To moja pierwsza wygrana. Podobało mi się, że było wiele atrakcyjnych i nowatorskich zadań specjalnych, że punktowany był styl pokonywania zadań. W nocy było bardzo przyjemnie, a potem najtrudniejszy z wszystkiego okazał się sobotni upał. To była prawdziwa przygoda! Z pewnością przyjadę tu za rok, tym bardziej, jeśli organizatorzy spełnią obietnicę, iż nagrodą główną będzie wyjazd na zagraniczny rajd adventure race.
Rafał Michalik
Impreza naprawdę świetna. Cały czas chodzą mi po głowie obrazy z rajdu. Super pomysły, fajne zadania. Trochę się styrałem, ale warto było!
Marcin Krawczyk
Jurajski Rajd Ekstremalny, 12.05.2007 r.:
Startowaliśmy po raz drugi, tylko wcześniej osobno, w innych patrolach. Ukończenie rajdu to ciężka sprawa dla początkujących. Przez większość trasy trzeba się nastawić na bieg lub szybki chód. Naszym sposobem na skuteczność był podział ról. Ja nosiłem plecak z najpotrzebniejszym ekwipunkiem, a Magda była skupiona na czytaniu mapy.
Trasa była trudna, wymagająca dużego poświęcenia. Największa rozpiętość między dwoma punktami, zlokalizowanymi w Piasecznie i Mirowie, wynosiła kilkanaście kilometrów. Najtrudniejsza w tym roku była wspinaczka. Przynajmniej dla nas, bo na co dzień nie uprawiamy tej dyscypliny. Wybraliśmy najłatwiejszy z trzech wariantów trudności. Udział w rajdzie oceniam bardzo pozytywnie. Na pewno wezmę w nim udział w przyszłym roku.
Paweł Leśniewski, który wraz z Magdaleną Kozieł, oprócz I miejsca, uzyskał najlepszy wynik rajdu



























RSS 2.0